O autorze
Przyjazny buddysta, wieczny optymista, posiadający niebywałą umiejętność zbywania uśmiechem przeciwności losu, bezkonfliktowo uzależniony od adrenaliny.

Od roku zrzeszony z jedną z największych agencji fotograficznych w Polsce.

Wyjątkowo aktywny typ, uwielbia sport – miłośnik extreme sports (instruktor snowboardu),rolek na poziomie zawodniczym, longboardu i jazdy pod prąd na rowerze po warszawskich uliczkach.

Najchętniej resetuje się w Himalajach konsekwentnie cierpiąc na chorobę wysokościową.
Zawsze za pan brat ze sztuką współczesną, dziwną muzyką i lokalnymi menelami z dzielnicy „M”.

Wieku nie podaje, bo ma więcej niż się wydaje.

FREE FORM FESTIVAL 2013

APPARAT(fot.Luka Łukasiak)
APPARAT(fot.Luka Łukasiak)
10 i 11 maja odbyła się w warszawskim Soho Factory 9 edycja festivalu Free Form. Dla tych,co nie wiedzą,Free Form to wyjątkowe i niebanalne wydarzenie kulturalne na skalę krajową.

Tegoroczny line-up prezentował się imponująco.
Ojciec trip-hopu,Tricky,którego kojarzyć możecie ze słynnego w latach 90tych Massive Attack.
Apparat , kreator melancholijnej elektroniki,która olśniewa słuchacza niemiecką precyzją.
Azealia Banks,amerykańska rap-torpeda,rocznika 91.
SebastiAn, francuski DJ,muzyk i producent,czy też objawienie ostatnich lat:
fenomenalny Yoann Lemoine,znany głównie pod pseudonimem:Woodkid.
Do tego wielu innych mniej,bądź bardziej znanych
dj-ów,artystów,performerów,muzyków.





Pogoda nie dopisała.
10.05 koło 21ej,ciężkie krople deszczu uderzyły o rynny przeganiając ludzi pod parasole,daszki,namioty i hale koncertowe.
Dla tych co przyszli tylko na lans-porażka.
O 23:00 zabrzmiał Apparat, tym razem w pełnym składzie,
poprzednio słyszałem go "solo" kilka miesięcy wcześniej
w warszawskich Cząstkach Elementarnych.



Był niczym wybuch śmiechu o zmiennej tonacji, dobiegający z niewiadomych ust,niekoniecznie ludzkich,pełen przestrzeni,ale bez miejsca na monotonię.Zagrał prosto,w sposób zawiły.
Bez (zbędnego) nadawania melodii,ukołysał niejedno wrażliwe ucho.
Jego set nazwałbym elektronicznym kolażem,
misternym,uszytym z niezwykłą zręcznością i dojrzałością.



O 1ej w nocy z nonaszlancją waganta wkroczył na scenę Tricky.
Gdy miałem naście lat muzyka Trickiego była dla mnie twórczością absolutną.Zachwycała,fascynowała i intrygowała.
Była jak deliryczna wizja,utożsamiałem się z nią,zapadałem tworząc korowód niepokojących widziadeł.
Trip-hop był afrodyzjakiem lat 90tych,
był zjawiskiem zrodzonym z potrzeb tamtych lat,
halucynogennym pejzażem,niepokojącym i tajemniczym.
Chciałbym tak go zapamietać,ale niestety z bólem odwróciłem wzrok od tego
co zobaczyłem i (nie)usłyszałem.Tricky nie wykonał nawet połowy piosenki sam.



Był zwykłym hochsztaplerem silącym się artystyczny ton.
Być może tego dnia pobił rekord w ilości wypalonych jointów,
jednak dla mnie brzmiał i wyglądał jakby scemnetował się
właśnie z najgorszą stroną swojej muzyki.
Ucieleśniał na wpół żywe trip-widziadło,
które by ratować sytuację zaprosiło publikę na scenę.
Być może dla nastoletnich fanów
aura ekscentryzmu (goła klata,fajek za fajkiem)
i możliwość zrobienie sobie foty,
która zaraz znajdzie się na facebooku,
przyćmiły ewidentny brak artysty.
W pewnym momencie ktoś z tłumu krzyknął:
-Tricky,where are you?!



O 2 nad ranem na scenę wszedł SebastiAn.
Po nieudanej triphopowo-rockowej ściemie,
był niczym midasowy dotyk,czego się niektnął,zamieniał w złoto.
Od początku,do końca,zagrał mocno i bardzo konsekwentnie,
“sztuczne ognie“ Trickiego szczęśliwie szybko przygasły,
by dać miejsce prawdziwemu wulkanowi energii.
SebastiAn łatwo zinetgrował publikę, która już po 10 minutach grania euforycznie rozsadzała halę.



11.05 był drugim dniem festiwalu.
Najważniejszy koncert odbył się o 23.
Woodkid.
O zjednoczeniu Yoanna Lemoine z własną muzyką najlepiej świadczą klipy,
które sam sobie reżyseruje.Mistrzowska realizacja „Iron“ jest niczym
artystyczny sejsmograf, wizualny odpowiednik tego,
co Woodkid dokonuje w swojej muzyce.



A w tej z koleji dzieje się naprawdę dużo,kontemplacyjny charakter prac video uwypukla symfonia instrumentów, silne bębny idące w parze z władczymi trąbami.
Jak więc było na koncercie?Dokładnie tak,jak sobie to wymarzyłem.Nieziemsko.
Widz/słuchacz czuł się wolny,a zarazem,( paradoksalnie)
pojmany w sidła zapierającej dech w piersiach muzyki Lemoine-a.





O 1 nad ranem zagrała wielce oczekiwana gwiazda festiwalu,
21 letnia torpeda z Nowego Jorku:Azealia Banks.
Pewna siebie,niczym nie skrępowana,tryskająca scenicznym
ekshibicjonizmem artystka wyskoczyła odziana w skąpy kombinezon,
który raczej więcej odsłaniał,niż zakrywał.



Podobnie jej muzyka,“prosta,łatwa i przyjemna“,
co nie oznacza,że zła.
Po prostu,tak jak wcześniej w przypadku np.Woodkida
mieliśmy do czynienia z wielkim szamanem dźwięku i obrazu,
tak w przypadku Azealii doświadczyłem ułamku,a raczej zaczynu sztuki.
Efektem jednak stała się 100% rozrywka bez żadnego dodatkowego wymiaru.
Było to jednak idealne podsumowanie festiwalu,plus wspaniała gimnastyka
ciała przed niedzielnym wypoczynkiem.



Trwa ładowanie komentarzy...